Madura do Zająca, Zając do Madury
Goździkowe święto
access_time 2006-03-07 01:06:42
Nadchodzi. Z dnia na dzień jest coraz bliżej. Tysiące osobników rodzaju męskiego obiecuje sobie, że tym razem nie zapomni. Czują już w powietrzu ten charakterystyczny zapach goździków. I nie pomogą wymówki, że od ’89 minęło ponad 15 lat.

Miało być o świętach. Szczególnie świętach dotyczących kobiet. Postanowiono tak, Panie Madura na plenarnym zgromadzeniu nas dwóch, w autobusie linia 16. Doszedł bowiem do nas fakt, że daremna była nasza krytyka Walentynek, że protest wobec różu i róż był niepotrzebną strata tak cennej przecież energii. Opozycyjną bowiem formę adorowania płci przeciwnej wymyślili (jak zwykle dowcipni i pomysłowi) bracia ze wschodu. Na dodatek tak głęboko zakorzeniła się ona w umysłach naszych niewiast, że choć pierestrojka już dawno zakończona, a „pan Gorbaczow zburzył ten mur”, to idei „Dnia Kobiet” powalić z nóg nie zdoła nawet solidna porcją czystego spirytusu.

 

Zastanawiam się tak, Panie Madura, rozmyślam nad stanem rzeczy i dochodzę do następującego wniosku: choć w PRL bywało, że rolnik przodowy najpierw prewencyjnie dawał 8. marca żonie w gębę, a dopiero później przepisowe goździki, to zawsze lepsze to od samego ciosu. Zatem: panowie żyjący w dobie gospodarki wolnorynkowej – wzywam was do kultywowania poradzieckiego zwyczaju (oczywista tylko tej drugiej części). Jeśli udało się nam wymigać od życzeń walentynkowych, tłumacząc się komercja, to przynajmniej teraz stańmy na wysokości zadania.

 

Zatem goździki w dłoń. Mało bowiem w naszym kraju świat wesołych, które można potraktować z przymrużeniem oka. Bez rażenia czyichkolwiek uczuć religijnych, patriotycznych czy jakichkolwiek innych. Bez splendoru, pocztów sztandarowych i przemówień władz.
Jeśli nadal was nie przekonałem – wyobraźcie sobie sytuacje zgoła odwrotną od tej z Seksmisji Machulskiego...

 

Dominik Zając

 

 

Z "bananem" na ustach

 

Przemierzając ostatnio ulicę krakowską, przeciskając się między tłumnie zgromadzonym mieszczaństwem po trotuarze stąpającym, rozważaliśmy z Zającem istotę naszych narodowych świat. W owej dyspucie wyszło na jaw, że Święta Polskie są mało radosne, ba! częściej wywołują przygnębienie i smutek niż choćby najmniejszy uśmiech na twarzy.

 

A przecież ktoś ustanowił je po to, aby upamiętnić jakieś ważne wydarzenie. Wydarzenie, któremu należy się szacunek, ale także radosne jego obchodzenie. Czy transmisja przemówienia prezydenta RP w dniu 11 listopada napawa nas optymizmem? Statystyczny Polak zamiast cieszyć się z odzyskanej wolności, siedzi na kanapie wpatrzony w dwudziestojednocalowy ekran, śledząc harmoniczne ruchy żołnierzyków…

 

Na Jamajce takowych rozterek nie maja. Wyspiarze z reguły z „bananem” na ustach podchodzą do prozy życia (czym jest to spowodowane chyba tłumaczyć nie muszę). Tamtejszym największym i obchodzonym najhuczniej świętem jest 6 lutego, czyli dzień urodzin… Boba Marleya. Zaprawdę niespotykany nigdzie indziej występek, aczkolwiek zacny i jak dla mnie bardzo chwalebny. I nie postuluje tutaj aby upamiętnić świętem narodowym  dzień urodzin najbardziej znanego wokalisty polskiego, niegdyś czerwono, dziś już zielonowłosego, bo jego wkład w kulturę i przeszłość jest raczej marny… Tutaj chodzi o  coś więcej. O zmianę naszego nastawienia do pewnych problemów, zmianę postrzegania obecnego świata, nie zapominając przy tym wydarzeń historii. Dlaczegóż nie cieszyć się z tego, że prawie 90 lat temu nasi pradziadkowie - po blisko150 latach niewoli -  mogli powiedzieć „Tak jestem wolnym obywatelem.”.  Po co w ten dzień rozpamiętywać to co było i snuć nierzeczywiste plany na przyszłość. Wystarczy, że jesteśmy świadkami takich proroctw na co dzień…

 

Amerykanie maja parady, może tylko dzięki temu pamiętają co było 4 lipca 1776… My miejmy w sercu to co najważniejsze - swoja historię, która czyni nas wyjątkowymi… Z tą świadomością umiejmy korzystać z tego, co nam daje nadchodzący dzień, umiejmy się cieszyć z życia...

I z tą radosną puentą żegnam się z wami. Do następnego…

 

Michał MAdura

 

Komentarze...