Podziemna sztuka
access_time 2004-04-18 15:59:01

Graffiti – to słowo budzi emocje. Dla jednych to możliwość ekspresyjnego wyrażania siebie, dla innych bazgroły po ścianach, jeszcze dla innych koszty i wandalizm. Jaka jest prawda o graffiti? W sobotnie przedpołudnie znalazłam się w Wojniczu, na podwórku starej szkoły, na imprezie nazwanej „Jam”. Mogłam dzięki temu porozmawiać z autorami współczesnych fresków i dowiedzieć się, jak to wygląda z drugiej strony medalu.

[[fotka1]]Ludzie na tym świecie są po prostu różni, mają różne potrzeby, różne wartości, różne zainteresowania. Nie dla wszystkich świat się kończy na liczeniu banknotów. Nie do wszystkich przemawia poezja. Nie wszyscy musza malować i rozumieć sztukę, a jeszcze nawet w obrębie jej samej są różne gusta i guściki.


Jesteśmy różni. Więc, w czym rzecz? I co ma ona wspólnego z graffiti? Cały problem w tym, by w szerokim zakresie tych naszych ludzkich różności wzajemnie się rozumieć i szanować. Spróbować znaleźć rozwiązania tam, gdzie jedni stanowią dla drugich problem, a tak być przecież nie musi.


Młodzi ludzie maja ogromna potrzebę wyrażania siebie, zaistnienia, sprawdzenia się, pokazania się światu. To naturalna ludzka potrzeba. Dobrze, jeżeli to, czym się interesują jest w zasięgu oficjalnych możliwości. Gorzej, jeżeli po drodze jest tylko „mur”. Czasem jest to mur niechęci, czasem niezrozumienia, a czasem całkiem zwyczajny ceglany murek.


[[fotka2]]Moda na graffiti przywędrowała do nas z zachodu. Tam już powoli przemija, a swoje największe nasilenie miała w latach 70-tych. Obserwując otoczenie, można, by powiedzieć, ze to nasilenie, teraz jest u nas. Złożyło się na to wiele przyczyn. Jedna z nich jest tendencja do kanalizowania ludzkiej twórczości i inicjatywy. Temat bardzo szeroki, więc ograniczę się tylko do ekspresji plastycznej. Czy jeżeli ktokolwiek z nas, ja lub ty, pomyślimy by wymalować wejście do klatki w bukiet kwiatów, lub zechce uskutecznić jakąś inna wizję plastyczna na tych odrapanych i zabazgranych, zniszczonych wejściach do klatek - może to uczynić? Nie. Na to potrzeba jest zgoda. Zgoda jest potrzebna, by było ładnie i zgodnie z kanonami „sztuki plastycznej”. Większość ludzi nie lubi załatwiać papierków, a najbardziej nie lubią tego artystyczne dusze, bo być może znaleźliby się chętni. Efekt – jest strasznie. Rozwiązanie? Może zakaz w dobrym celu, przyniósł złe skutki?


Wojnicz - duże podwórko starej szkoły, na które można wejść bramą z rynku. Wokół zniszczone zębem czasu murki, smutnie wyglądająca zabudowa. Co prawda, na rynku widać starania władz miasta o estetykę, bo na wielu budynkach są nowe elewacje, jest czysto i odmalowany jest przystanek autobusowy, ale przy dzisiejszych możliwościach finansowych gmin, na pewno nie wszystko da się zrobić od razu. I właśnie tu, w Wojniczu - narodził się pomysł wspólnego malowania, czyli impreza zwana „Jam” (fonetycznie „dżem”). Byłam tam i szukałam odpowiedzi na pytanie - jakie intencje i jakie motywacje mają chłopcy ze sprayem w dłoniach.


Przytaczam Wam kilka wypowiedzi młodych ludzi, z którymi rozmawiałam 17 kwietnia w Wojniczu.


[[fotka3]]T i Ł: „To impreza o nazwie „Jam”. Polega to na tym, że jest ściana, która będzie malowana przez wszystkich chętnych, którzy tylko zechcą. Jedynie podkład jest sponsorowany. Przyjeżdżamy tu z własnymi farbami. Każdy maluje własnym kosztem. Nie jest to tanie, jedna farba kosztuje 15 zł a wymaluje tym jakieś 3 m kw. Ale praktycznie ile się wymaluje, to zależy od muru, samego malującego, jego doświadczenia i tematu, bo czasem trzeba mieszać kolory. Nie robi się ściany przecież jednym kolorem, tylko wieloma kolorami. To drogie niestety.


Szkoła w Wojniczu udostępniła nam tu ścianę. Informacja o tym, że taka impreza jest, rozchodzi się w Internecie, między kolegami, pocztą pantoflową, a czasem są zrobione plakaty, tak jak tu w Wojniczu. To czy malujemy zależy od pogody i od pieniędzy. Lubimy to. Uważamy, ze są obiekty, które nie mogą być tykane. Są to obiekty kultu religijnego, zabytki, chociaż niektórzy niestety malują i po nich. Co do prywatnych domów… zależy w jakim są stanie. Jeżeli są brzydkie i odrapane, myślimy, że to nikomu nie będzie szkodziło. Ja nowych elewacji nie tykam. Ważne dla nas jest malowanie w miejscach, które dużo ludzi zobaczy. Traktuję to jako grafikę, sztukę dla sztuki - doszukiwanie się tu większych treści nie ma sensu, przynajmniej dla mnie. Czysta grafika i to wszystko. Graffiti może być przekazaniem jakichś treści, ale ja chyba jeszcze nie dojrzałem do tego, by takie coś uprawiać. Bo to nie jest tak ze sobie umyślę, co chcę przekazać i następnego dnia będę to uprawiał. Trzeba dojrzeć i wyrosnąć . To po prostu jest fajne, kto tego spróbował, ciężko mu przerwać, to jest jak nałóg. Są rzeczy co namalowałem i mi się nie podobają  Robię to dla siebie bo mi się to podoba, a nie wszystko mi wychodzi dobrze, ale staram się. Czasem robię błędy, których staram się uniknąć na przyszłość. Myślę, że człowiek się rozwija i talent się rozwija, wiec wszystko przed nami. Teraz staram się tak abstrakcyjnie podchodzić do graffiti, jednak literki w moim malowaniu też są.


Jest kilka ścian, które można by malować i najlepiej, aby to można było robić legalnie.


Nie wszystko, co zostało namalowane sprayem to jest graffiti. Wiele osób sądzi, że to, co namalowane puszka ze sprayem to jest graffiti. Może coś napisać jakiś kibic i nie ma to nic wspólnego z graffiti. Na nas zwalane są wszystkie bazgroły po mieście. My nie bazgramy po ścianach. Starannie dobieramy miejsca i najchętniej chcemy to robić w sposób legalny.


Czasem się zdarza, że ktoś sponsoruje farbę i pozwala nam coś namalować.


Są niestety te bohomazy, których powinno nie być, ale niektóre prace są ładne i się podobają.


Legalny mur do malowania w Tarnowie to mur klubu Tarnovia, od strony torów kolejowych. Ale… tam nie wszędzie jest chodnik, i by wymalować stwarza się zagrożenie dla siebie i dla ruchu. Tam jest wąska ulica , Można i tam dostać mandat - nie za malowanie, ale za malowanie tam gdzie nie ma chodnika. Napisy, wulgaryzmy na WC na plantach, nie są autorstwa grafficiarzy. Na naszych pracach tez piszą bohomazy i niszczą je. Tak zostały zniszczone nasze pierwsze prace, które powstały na murze Tarnovii. Chcielibyśmy, by ludzie byli bardziej tolerancyjni, potrafili rozróżniać graffiti od bohomazów. I aby prezydent coś zadziałał w tym Tarnowie, by były udostępnione miejsca do graffiti.”


Piotr Kołodziej: „Jestem organizatorem tej imprezy. Przyjechali tu ludzie z Tarnowa i okolic, by malować. Pogoda jest trochę niesprzyjająca. Czasem kropi. Mamy DJ’a,  który nam gra, aby był lepszy klimat imprezy. Otrzymaliśmy z Gminy 150 zł na farby, a resztę każdy ma we własnym zakresie.


Pomysł wpadł nam do głowy w tamtym roku. Pytaliśmy czy nie dałoby się jakiejś ściany załatwić. Rozmawiałem z Dyrekcja Szkoły. Szkoła się zgodziła. W Gminie też. Sekretarz gminy przeznaczył jakieś pieniądze. W tamtym roku to było 200 zł, a w tym roku niestety mniej. Ja sam nie maluje. Na co dzień uczę się w II Liceum Ogólnokształcącym w drugiej klasie menadżerskiej. Trochę zajmuje się DJ’ką. Informacje o „Jam” podawaliśmy głównie przez Internet. To jest już druga impreza. Myślę, że może będzie i kolejna. Wcześniej tu malowaliśmy w październiku ubiegłego roku. W tej chwili malują po tym, co było wykonane w ubiegłym roku.”


P: „Dowiedziałem się o tej imprezie w Internecie. Malowanie jest zależne od pieniędzy. Puszki są stosunkowo drogie, wiec niezbyt często. Na mieście są moje prace, ale się nie przyznam które. Niektórzy właściciele prywatnych murów, czasem się zgadzają na malowanie. Ale są ludzie, co są przeciw graffiti, a graffiti to jest obraz, to są kolory. A nie napisy – UNIA PANY”


A: „Dla mnie to jest sztuka. Po całej Europie są wystawy graffiti. Należy im się szacunek jak każdemu innemu artyście. Każdy z nich ma swój styl. Jestem tu z kolegami. Sam nie maluję. Mam 20 lat. Maturę będę zdawał w tym roku. 2 tygodnie do matury i jeszcze się nic nie uczyłem. Zobaczymy jak to będzie. Nie jestem związany z żadna organizacja, ale staram się pomagać czasem w Pałacu Młodzieży. Staram się być aktywny. Rodzeństwa nie mam, dziewczyny nie mam, Chodzę tu i tam, bywałam w różnych miejscach. Tak naprawdę to jeszcze się nie zastanawiałem, co dla mnie jest ważne w życiu. Na pewno rodzina, szczęście, dobroć, miłość i sport. W zdrowym ciele - zdrowy duch. Staram się biegać, kopać „Zośkę”. Obserwuję ludzi, zaglądam im głęboko w oczy. Jestem trochę zatraconym talentem. Ale staram się samym swoim zachowanie pokazywać kolegom, że nie należy palić, kląć, pluć, używać wulgaryzmów”


Gdzie jest kompromis? Myślę ze powinniśmy zrozumieć ich potrzebę tworzenia i wyrażania się, i umożliwić to - tworząc miejsca, na których będą mogli malować. Oni zaś, a raczej niektórzy z nich powinni zrozumieć, że należy uszanować własność innych. Ta własność innych to także publiczne budynki, to zabytki, to nasze bloki, które remontowane są nie z pieniędzy z kosmosu, ale z pieniędzy ich rodziców i nie tylko - czyli z podatków i czynszów. Patrząc na Tarnów, wręcz przeraża kwota, którą należy wydać na odnowienie elewacji w mieście, a przecież ta sama kwota, mogłaby być wydana na cele, które właśnie mogłoby służyć tym młodym ludziom i nam wszystkim.


Pojawiają się iskierki tego pozytywnego myślenia z obu stron. To podejście do tematu Władz Wojnicza, Dyrektora Szkoły w Wojniczu, Piotra, który zorganizował JAM,  KS Tarnovia, który udostępnił mur dla grafitti, Pałac Młodzieży, którego pracownia plastyczna przygarnęła grafficiarzy, oraz ci młodzi ludzie, którzy starają się szanować zasady i cudzą własność. Gdyby było więcej ścian do malowania legalnego, może nie byłoby tyle dzikich graffiti.


Patrzyłam jak chłopcy malują, ile w nich jest pasji, jakie to są przeżycia i jakie to dla nich ważne. Może to spojrzenie na nich - moje i Wasze, pozwoli znaleźć nić porozumienia, by coś zmienić w tym temacie na lepsze.

Komentarze...