Oscarowy "Klient" już dziś w Millennium Studio
access_time 2017-05-05 06:53:00
Dobry film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno rosnąć. Farhadi, twórca cenionego "Rozstania", wziął sobie do serca radę Hitchcocka i dokładnie taki jest jego najnowszy tytuł. Naprawdę zaczyna się od trzęsienia ziemi. W pierwszej scenie młode małżeństwo budzi się w środku nocy w swoim mieszkaniu w Teheranie, cały dom się trzęsie. Bohaterowie muszą się w pośpiechu ewakuować. W wyniku dramatycznego, nieprzewidywalnego rozwoju akcji ich postawy zostają wystawione na próbę. Napięcie, jakie osiąga Farhadi w finałowych minutach filmu, jest trudne do zniesienia. Jednorazowy pokaz "Klienta" już dziś, 5 maja, w ramach cyklu Millennium Studio.

O laureacie Oscara za "Rozstanie", Irańczyku Asgharze Farhadim, mówi się często, że umiejętności narracyjne odziedziczył po największych mistrzach dreszczowca, z Hitchcockiem na czele. Jest to o tyle interesujące, że jego nowy film zaczyna się, całkiem dosłownie, trzęsieniem ziemi. I choć bardzo szybko wychodzi na jaw, że to fałszywy alarm, napięcie zaczyna rosnąć.

Emad (Shahab Hosseini) i jego żona Rana (Taraneh Alidoosti) muszą wyprowadzić się z luksusowego mieszkania, cały budynek grozi zawaleniem. Pomocną dłoń wyciąga do nich kolega po fachu, aktor z lokalnego teatru. Zachwala metraż, okolicę i ładny rozkład, ale zapomina dodać, że poprzednia lokatorka, która wciąż nie zabrała z mieszkania swoich rzeczy, trudniła się prostytucją.

Nie trzeba długo czekać, by poukładane życie bohaterów runęło niczym domek z kart. Rana słyszy dźwięk domofonu. Przekonana, że Emad zapomniał kluczy, otwiera drzwi i wraca do łazienki. W następnej scenie widzimy ją już w szpitalu - pod kroplówką, potłuczoną, z rozciętą głową. Została napadnięta, prawdopodobnie zgwałcona. Ale jak to w kinie Farhadiego bywa, próba rekonstrukcji prawdy okazuje się pierwszym krokiem ku przepaści.

Bohaterowie wystawiają w swoim teatrze "Śmierć komiwojażera" Arthura Millera - zabawnie jest obejrzeć tę sztukę w języku farsi, z ubraną po szyję grzeszną Panną Francis. I podobnie jak w klasyce amerykańskiego dramatu, tutaj również za fasadą obyczajowych obrazków z życia klasy średniej kryje się opowieść o kryzysie męskości. Emad przechodzi od szoku, przez zaskakującą bierność, do agresji. Im dalej brnie w swoje śledztwo, tym bardziej poszerza się przepaść pomiędzy nim a żoną.

Ta z kolei pokonuje inną drogę: od gniewu, przez wyparcie, do wybaczenia, co tylko wzmaga komunikacyjną aporię w małżeństwie. Hosseini i Alidoosti odgrywają swoje partie z taką subtelnością, że bez trudu wierzymy w zmienne trajektorie ich emocji. Z kolei Farhadi reżyseruje ich ze świadomością siły tkwiącej w języku ciała oraz firmowym już wyczuciem ekranowej przestrzeni.

Można oczywiście zarzucać reżyserowi, że znów wsiada na swojego konika, że powtarza narracyjne chwyty, a nawet fabularny punkt wyjścia, że rozdmuchuje mieszczański dramat do rozmiarów antycznej tragedii. I być może faktycznie jest coś w stwierdzeniu, że powtarzane do znudzenia mądrości przestają w końcu tworzyć echo. Ale "Forushande" (w tłumaczeniu po prostu "Sprzedawca", "Komiwojażer") broni się także dialogiem z resztą twórczości reżysera. Niby znów jesteśmy w tym samym miejscu, wśród tych samych ludzi. Lecz tym razem przemoc nie jest wyłącznie częścią bolesnej przeszłości (jak w "Co wiesz o Elly?"), zaś jej sprawcy nie zawsze działają w afekcie (jak w "Rozstaniu").

Poczucie winy, kompleks niższości i zakwestionowana męskość to bomba z opóźnionym zapłonem - przekonuje Farhadi. Nawet jeśli kultura wygrała z naturą, nawet, gdy prowadzimy ustabilizowane mieszczańskie życie i gramy w "Śmierci prowincjała". Sztuka potrafi ją rozbroić, ale także - jak pokazuje przykład Emada i Rany - zdetonować bez ostrzeżenia.

Marian Walkiewicz

FILMWEB.PL

KINO MILLENNIUM: 5 maja 2017, początek godz. 20.30.

Komentarze...