Zmysłowa Nina - znakomity polski debiut. Tylko jeden seans w Millennium Studio
access_time 2018-10-10 06:14:00
22 października w Kinie Millennium będzie można obejrzeć film "Nina", który zostanie pokazany na jednorazowym seansie w ramach cyklu Millennium Studio. Początek o godz. 20.30.
MILLENNIUM STUDIO
"NINA"
reżyseria: Olga Chajdas
scenariusz: Marta KonarzewskaOlga Chajdas
 
Nina, trzydziestostoparoletnia nauczycielka, która nie może mieć dzieci, szuka surogatki. Wydaje się, że razem z mężem Wojtkiem, znaleźli idealną kandydatkę. Magda, pozornie szczęśliwa dwudziestopięciolatka, bawi się życiem, nie ma zobowiązań. Nina zakochuje się w kobiecie, która mogłaby urodzić jej dziecko.
 
"Nina" to historia nieoczekiwanej miłości, umiejętności wypełniania pustki, skomplikowanych wyborów. To opowieść o gwałtownym uczuciu, w którym tradycyjne podziały nie istnieją.
 
 
Obsada aktorska: Julia Kijowska (Nina), Eliza Rycembel (Magda), Andrzej Konopka (Wojtek, mąż Niny), Katarzyna Gniewkowska (Ewa Lipowska, matka Niny), Maria Peszek
 
RECENZJA:
 
"SKARB JAKIM JEST WSZYSTKO"
 
„Skarb jakim jest Wszystko” z wiersza Emily Dickinson, w „Ninie” Olgi Chajdas zamienia się w szaleństwo Wszystkiego. Życiowe zapamiętanie.
 
Scena tańca Niny (Julia Kijowska) z Magdą (Eliza Rycembel). To właśnie jest odkrycie Skarbu. Perspektywa się zawęża. Dziewczyny są wobec innych, słyszą dźwięki, potem nic już nie słyszą. Nie, nie chodzi wcale o gorączkę zakochania, w każdym razie nie tylko o nią, tam jest coś więcej, coś głębiej, ponad to. Coś? Chodzi - bagatela - o „skarb jakim jest wszystko”. Wszystko może być dane raz na zawsze, ale może stać się również pięciominutową igraszką. Warto zawalczyć o ten stan. Żeby raz chociaż w życiu skosztować, przekonać się jak smakuje. Wszystko jest skarbem.
 
Streszczenie „Niny” jest kłopotliwe. Nie lubię zresztą w recenzjach streszczeń, bo zazwyczaj zabijają finezję artystycznego spotkania. W „Ninie” takie streszczenie wprowadzałoby dodatkowo spiętrzenie informacji o charakterze publicystyczno-społecznym, który mają się nijak do artystycznie świadomej i jak najdalszej od politycznej demagogii propozycji jaką jest debiut Olgi Chajdas. Owszem, to film odważny i świadomy jeśli idzie o wydźwięk społeczny, ale zarazem bardzo wrażliwy i delikatny w stylu i w formie. Walenie cepem po łbach nie przystoi dziewczynom z klasą. Jak Nina, jak Magda – i jak Olga.
 
Zatem zamiast trywialnego streszczenia przyjmijmy jedynie, że była sobie Nina. Miała urodę i inteligencję Julii Kijowskiej, odpowiedni status materialny, odpowiedni staż małżeński, ale i nieodpowiednie wybrakowanie. Pani Bovary wiecznie żywa. Nina chce mieć dziecko, a czasami nie chce go mieć, chce trwać przy mężu, przy mamie (świetna Katarzyna Gniewkowska), przy siostrze, ale czuje też, że owo trwanie to rodzaj zaciskającej się pętli na szyi. Może i owa pętla nie wygląda źle, ot, atłasowa apaszka, koniecznie skropiona „Chanel n°5”, ale i ta apaszka zaciska się niesympatycznie, zaczyna uwierać, a perfumy nie zabijają kropelek potu które nieproszone raz po raz wykwitają na szyi. Nina się nudzi. Nina chce kochać. Nina spotyka Magdę.
 
Doskonale obsadzona i poprowadzona Rycembel wnosi do tej historii rodzaj obowiązkowej dezynwoltury. W przeciwieństwie do Niny nic jej nie uwiera, żadne sraszki-apaszki, wygląda dobrze i wie o tym, nie myśli o jutrze, wystarczy jej dzisiaj. Nie lubi facetów, woli dziewczyny. Chce tańczyć. I być może tylko tam, w tańcu, dostrzeżemy jakiś niewspółmierny smutek tej dziewczyny. Smutek to mało powiedziane: jej rozpacz. Przeczucie, że jej droga jest trudniejsza, bardziej wyboista. Bo zawsze będzie sprowadzana do uśredniającego mianownika. Heternormatywnej średniej, która brzydzi ją i drażni. Przed którą się wzdraga.
 
W „Ninie” euforyczny świat nocy kompensuje się ze smutą dnia. Warszawa w obiektywie Tomasza Naumiuka intryguje inaczej. Nie podrasowanymi kolorkami z podręcznego zestawu pisaków dla uczniów szkoły podstawowej, tylko uniwersytetami szarości. Coś zgniłego, prawdziwego, żywego jest w tym obrazku - żywa rana i autentyczny spleen. Wieczór szybko jednak nadchodzi. A noc, niczym na zdjęciach Nobuyoshi Arakiego czy Nan Goldin, oznacza witalność. Noc to seks, cielesność, trzy krople „Chanel n°5”. Nocą Nina wychodzi z ram odpowiedzialnej nauczycielki języka francuskiego, żony i córki, nocą znieważa wszystkie normy. Ów precyzyjnie wygrany dramaturgiczny podział na dwie sfery wizualne pełni w świetnym scenariuszu Olgi Chajdas i Marty Konarzewskiej jeszcze jedną zasadniczą funkcję. Staje się swoistym kluczem dostępu do świata podświadomości, w którym uwalniane są lęki dnia, realizowane pragnienia, przesuwane dogmaty. Różnica polega na tym, że to się dzieje naprawdę. I że każdego na to stać.
 
Umberto Eco w kluczowej pracy „Dzieło otwarte” dowodził, że artysta, również filmowiec, zderza się zawsze z wieloznacznościami, z ideą bezkształtu, bezładu i że naczelną ideą współczesnej sztuki staje się zachowanie owej wieloznaczności, gdyż rzeczywistość sama w sobie nigdy nie jest zwarta, gotowa, wiecznie w ruchu, w przepływie, w braku ciągłości zjawisk. I „Nina” Olgi Chajdas spełnia ten postulat. Mocno czerpiąc z rodzimej obyczajowości, z celnie odmalowanym lokalnym kolorytem, konwencjami zachowań i głęboko wpisanym w nasz światopogląd katolickimi i konserwatywnymi naleciałościami, staje się triphopowym songiem o wolności, melancholijną i seksowną afirmacją uczucia lesbijskiego, ale i miłości w ogóle. Nagrody, festiwale i międzynarodowe powodzenie debiutu Chajdas pokazują, że akurat ta melodia wszędzie brzmi znajomo. Jeżeli Flaubert pisał o swojej bohaterce: „Pani Bovary to ja”, to każdy może być również i Magdą, i Niną. Albo obiema jednocześnie. Trzeba się tylko odważyć, trzeba zdecydować. „Skarb jakim jest Wszystko”.
 
Łukasz Maciejewski
Onet.pl
 
KINO MILLENNIUM: 22 X 2018
Komentarze...