Węgierskie arcydzieło filmowe w Millennium
access_time 2016-01-26 08:07:00
"Syn Szawła" to wstrząsający film produkcji węgierskiej, jeden z tegorocznych kandydatów do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego. Obraz - na jednorazowym pokazie - zaprezentuje kino Millenium CSM.

Tak o filmie pisał Tomasz Raczek: "Syn Szawła" kandyduje do Oscara w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”. Dostał już Złotego Globa i Nagrodę Krytyków. Jest faworytem. To film węgierski, ale opowiada o tym, co działo się na ziemiach polskich, choć pod niemieckim, a raczej hitlerowskim zarządem.

Obóz koncentracyjny w Oświęcimiu – Auschwitz. Zwożeni tu są z całej Europy ludzie przeznaczeni do likwidacji. Przede wszystkim Żydzi, ale nie tylko. Mój stryj, Polak, był jednym z pierwszych, którzy budowali tu baraki. Nie przeżył.

Drugi stryj trafił tu później. Jemu się udało – po wojnie miał żonę, syna, wnuczkę. Opowiadał jak było, spotykał się z innymi, którzy też tu byli. Mój ojciec, najmłodszy z braci, znalazł się w obozie pod koniec wojny. Uciekł z niego, ale nie chciał nic mówić. Zawiózł mnie jednak jako dziecko do Auschwitz i do Stutthofu. Oprowadził. Pokazał gdzie spali, gdzie stali na apelach. Pokazał też komory gazowe, krematoria i doły po stosach całopalnych, które usypywano z trupów, gdy pracujące 24/7 krematoria nie nadążały z robotą.

Dlatego "SYN SZAWŁA" nie opowiedział mi historii, której bym nie znał. Nie sprawił, że poczułem się tak, jak się nigdy nie czułem. Nie wstrząsnął tak, jak nigdy nie byłem wstrząśnięty. Obejrzałem go uważnie, spokojnie, rozumiejąc znacznie więcej niż rozumiałem, gdy miałem 10, 20 a nawet 30 lat. To właśnie mówił mi zawsze mój ojciec – „kiedyś lepiej to zrozumiesz”.

Człowiek jest niespotykanie silną istotą. Umie się dostosować do pogarszających się warunków życia. Umie żyć nawet, gdy warunki właściwie już nie pozwalają na życie. Wtedy wydobywa z siebie energię nieznanego pochodzenia. Jedni mówią, że umożliwia to wiara, inni że miłość, jeszcze inni że to instynktowna siła przetrwania. Być może bierze się ona z różnych źródeł, ale rezultat jest podobny – człowiek potrafi oswoić to, co nieludzkie i zaakceptować to, co nieakceptowalne. Nie każdy, nie zawsze, nie ciągle – ale potrafi!

Nemes przedstawia nam dzień z życia węgierskiego Żyda, Szawła (Geza Röhrig), oddelegowanego do Sonderkommando w obozie Auschwitz. „Specjalny oddział” znaczy tyle, że jego członkowie muszą się zajmować obsługą komór gazowych i krematoriów. Obserwujemy więc rutynowe działania Szawła: wprowadzanie więźniów z nowych transportów do szatni, pomaganie im w rozbieraniu się, kierowanie do komór.

Bez słowa, ale uczynnie, spokojnie, z fachową precyzją. Tak żeby nic, nawet wyraz oczu, nie zdradziło ofiarom, że idą na śmierć. Panika mogłaby skomplikować proces, a jest mało czasu więc wszystko musi przebiegać sprawnie, gładko, szybko, bez kłopotów. Potem tylko trzeba zamknąć stalowe drzwi do komór, przez chwilę nasłuchiwać walenia w nie pięściami i narastających krzyków.

Niezbyt długo. Teraz kolej na przeszukanie i zebranie pozostałej odzieży, oddanie strażnikom kosztowności, wywietrzenie komory, wywiezienie z niej ciał, posprzątanie i przygotowanie wszystkiego dla kolejnej grupy ludzi prowadzonych od strony rampy kolejowej.

Taka praca. Oglądamy ją jak w soczewce, obsesyjnie skoncentrowani tylko na tym co robi Szaweł. Wszystko inne obserwujemy niejako „kątem oka”. Nie ma czasu na przyglądanie się, rozpraszanie, zdawanie sobie sprawy z tego, co się dzieje. Ta optyka kamery z „klapkami na obiektywie” sprawia, że czujemy się jak koń w zaprzęgu, jak Szaweł w pracy.

Czujemy, że blokada wszystkich kontekstów jest warunkiem, aby w ogóle stanąć na nogach i nie zemdleć na widok tego, co dzieje się dokoła. Przyjmujemy ją i jesteśmy zarazem wdzięczni Nemesowi, że nas oszczędza. Ale to trwa tylko jakiś czas. W miarę rozwoju historii obraz się rozszerza, szczegóły nabierają kontrastu, świadomość sytuacji nieuchronnie do nas dociera.

Świat, w którym się znaleźliśmy, jest tak zdeformowany i zdegenerowany, że trudno sądzić, iż można z niego kiedykolwiek wrócić do normalności. Układ nerwowy dawno już się spalił, nie działa. Ludzie z sonderkommanda są jak narkomani na ciężkich dragach w stadium nie do odtrucia. Pewnie dlatego zarząd obozu ustalił, że można tu pracować tylko kilka tygodni, najwyżej trzy miesiące – potem przychodzą nowi, a ci zużyci, jak Szaweł, są likwidowani.

I nagle szalony pomysł Szawła – jednego z zabitych chłopców z transportu pochować jak człowieka, w ziemi, w obecności rabina. Wykraść go z krematorium, nie pozwolić zamienić na anonimowe pasemko dymu – urządzić pogrzeb. Absurdalne pragnienie, pozbawione sensu i choćby odrobiny pragmatyzmu – to przecież nic nie zmieni, nikomu nie pomoże. Może najwyżej wpędzić w kłopoty innych współwięźniów i odnalezionego rabina (gra go polski aktor, Jerzy Walczak).

Im bardziej jednak działanie Szawła wydaje się być szalone, tym wyraźniej i mocniej rysuje się pytanie, jakie reżyser niespodziewanie stawia nam samym: waszą rolą nie będzie ocena tego, co dobre, a co złe – tym razem macie się zastanowić „po co ten pogrzeb Szawłowi?”

Nie będę wam podpowiadał. Nie będę nic sugerował, poza tym, że warto na „Syna Szawła” iść do kina a potem… nie rozmawiać o nim przynajmniej przez pół godziny. Szybkie myśli nie są w tym wypadku dobrą strategią. Wsiąkanie tego filmu w naszą psychikę, w nasz umysł potrzebuje więcej czasu. Im lepiej wsiąknie, tym większa potem szansa na to, że emocje nie zastąpią myśli, a słowa nie znieważą uczuć. Ten film trzeba oglądać cicho!

Na pytanie reżysera nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Mogą być ich tysiące. Każda będzie ważna i dobra, pod warunkiem, że nie zapożyczona, podsłuchana czy przeczytana. Własna!

źródło: TOMASZ RACZEK, ONET.PL

Film zostanie wyświetlony w piątek, 5 lutego.

Komentarze...