Nie ma mocnych na sklep z dopalaczami
access_time 2015-02-09 11:20:03
Prokuratura sprawę umorzyła, sąd administracyjny "bada" ją od kilku miesięcy bez widocznych rezultatów, Sanepid bada substancje w nim sprzedawane, nakłada kary i... nic. Właściciel sklepu kar nie płaci, wycofane z obrotu dopalacze zamienia na inne i zarabia. Czy musi dojść do tragedii, by ktoś poszedł po rozum do głowy i zmienił prawo?
Kilka lat temu wydawało się, że rząd jest na tyle zdeterminowany w walce z dopalaczami, że handel trującymi substancjami zostanie wyeliminowany raz a dobrze. Skończyło się na medialnej szopce, obietnicach bez pokrycia i ustanowieniu dziurowego prawa, których obchodzenie nie stanowi dla właścicieli sklepów większego problemu. Tak jest w Tarnowie. Sklep działa, klientów mu nie brakuje, a służby są bezsilne. Prokuratura sprawę (po doniesieniu dyrekcji jednej ze szkół działających w pobliżu) umorzyła, sprawie przygląda się sąd administracyjny, bezradna jest policja i inne służby. Właściciela przybytku z "materiałami kolekcjonerskimi nie do spożywania" kontroluje Sanepid, ale po wycofaniu z obrotu kolejnych dopalaczy, w ich miejsce momentalnie pojawiają się kolejne - i tak w kółko. Nie pomagają również kary. Właściciel sklepu wyszukuje luki w prawie i dalej prowadzi dochodowy interes. A wyniki kontroli Sanepidu są wręcz przerażające. Po zbadaniu ok. 1600 próbek okazało się, że wszystkie zawierają groźne dla organizmu substancje: stymulujące, halucynogenne, psychotropowe, czy odurzające. W mieście doszło już do kilkunastu przypadków zatruć "produktami kolekcjonerskimi". Czy naprawdę ktoś musi umrzeć, by problem został rozwiązany?
Komentarze...