O słowiańskim świętowaniu. Rozmowa z Danutą Ceterą
access_time 2018-12-24 07:44:00
W polskiej tradycji Święta Bożego Narodzenia zawsze były czasem wyjątkowym. Nasi pradziadowie nazywali je godami lub godnymi świętami, bo wierzyli, że jest to nie tylko dzień narodzin Boga, ale też zaślubin, czyli godów światła i ciemności, dnia i nocy. Obrzędowość świąt Bożego Narodzenia łączy w sobie pogańską przeszłość, w której bieg życia uzależniony był od cyklów przyrody oraz głębokie chrześcijańskie znaczenie, którego duchowym fundamentem jest radość z tajemnicy Wcielenia Syna Bożego. Warto sięgnąć do źródeł, by nie zatracić własnej tożsamości, ale też nie poddawać się płytkiej, skomercjalizowanej wizji bożonarodzeniowej kultury, ograniczającej się do pustego rytualizmu i uginającego się od jadła stołu. O polskie świętowanie i związane z nimi zwyczaje zapytaliśmy Danutę Ceterę, kierowniczkę Muzeum Etnograficznego.

Może Pani opowiedzieć o słowiańskim tle bożonarodzeniowej tradycji?

Święta Bożego Narodzenia to jedne z najpiękniejszych i najważniejszych świąt w naszej tradycji. Są bardzo bogate w symbolikę, zwyczaje i obrzędy, w których widać wyraźne ślady słowiańskich praktyk agrarnych i zadusznych. Łączą się okresem przesilenia jesienno-zimowego, który był bardzo ważny dla Słowian, przekonanych że w tym czasie na ziemię schodzą dusze zmarłych. Stąd funkcjonuje wiele różnych zachowań, nakazów i zakazów, które mają korzenie w dalekiej przeszłości. Był to więc okres zaduszkowy i wieczerza wigilijna jest właśnie pewną formą kontynuacji stypy poświęconej naszym duchom. Ludzie wierzyli, że jest to wyjątkowy czas pojednania się trzech światów – ludzkiego, zwierzęcego i zaświatów. To przekonanie przetrwało w wierzeniach, gdy na przykład mówi się, że w noc wigilijną zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Na wsi mówiono jednak "nie podsłuchuj, bo usłyszysz datę własnej śmierci". Mówiono też, że woda w studni zamienia się w wino, ale napić się jej może tylko osoba, która jest bez grzechu. Opowiadano, że pszczoły budzą się w ulach, zakwitają drzewa owocowe, w lesie zakwita kwiat paproci, kamienie się poruszają... w ogóle cuda się dzieją.

Była to więc noc magiczna, pełna niezwykłych wydarzeń. Idealna na wróżenie?

Tak. W polskiej tradycji nazwa Wigilia oznacza dzień 24 grudnia, poprzedzający Boże Narodzenie, a cudowność tego dnia znajduje odbicie w wierzeniach, które zachowały się do dzisiejszych czasów. To najdłuższa i najbardziej tajemnicza noc w roku, a także czas wróżb i przepowiedni. Wierzono, że w tę noc można było przepowiedzieć sobie przyszłość i wszystkie wróżby się spełnią. Wróżby andrzejkowe można było powtórzyć właśnie w wigilię. "Jaki jesteś w Wigilię, taki będziesz przez cały następny rok", albo "to, co zrobisz w Wigilię, będzie się powtarzało przez cały nadchodzący rok" – te staropolskie powiedzenia najlepiej oddają sens wigilijnych wierzeń. Aby zagwarantować sobie energię na cały rok, należało szybko i wcześnie zerwać się z łóżka. W ciągu dnia nie kłaść się do niego, aby nie chorować i żeby zboże w lecie nie położyło się w polu. Dzieci starały się być grzeczne, aby ich później nie karano. Nie wolno było się kłócić, być smutnym, płakać, a wręcz przeciwnie, należało okazywać życzliwość, aby zapewnić sobie szczęśliwe życie. Zalecano umyć się w wodzie, do której się wrzuci pieniądze, bo wtedy człowiek będzie bogaty. Wróżono sobie też po kształcie upieczonego chleba; jeśli skórka odeszła od środka, to znaczyło, że ktoś odejdzie, a jeśli pękła, to ktoś miał umrzeć. Była też wróżba związana jeszcze z 13 grudnia, a więc z dniem św. Łucji. Wierzono, że jeśli od św. Łucji będzie się codziennie po jednym drewienku zbierać aż do Wigilii i tym drewnem rozpali się w piecu chlebowym, to można się dowiedzieć która kobieta we wsi była czarownicą.

Bo według tradycji ludowej 13 grudnia jest wyjątkowym czasem wzmożonej aktywności czarownic i działania złych mocy...

Tak, ale nie chodziło o taką czarownicę latającą na miotle, tylko kobietę, która ma złe spojrzenie, a więc rzuci urok na krowę, a ta nagle straci mleko, albo na kury, które pogubią jajka, dziecko będzie przez nią płakało. Wierzono, że jak się rozpali tym drewnem w chlebowym piecu, to ta czarownica natychmiast przyjdzie do domu, bo ją – jak mówiono mi na Pogórzu – "palić będzie mocno" i koniecznie będzie chciała coś pożyczyć w Wigilię, ale nie wolno jej pożyczać. Do dnia dzisiejszego zostało nam powiedzenie, żeby nie pożyczać w Wigilię. Ważne też było, kto pierwszy odwiedzi dom. Nadejście kobiety było złą wróżbą, podczas gdy odwiedziny dziecka były pomyślnym znakiem. Dzieci jako istoty obdarzone siłą witalną ukierunkowaną na rozwój,  mogły sprowadzić pomyślność dla gospodarstwa i jego właścicieli. Wierzono, że to, co się wydarzy w noc wigilijną, ma wpływ na przebieg nadchodzącego roku, dlatego nie wolno było pożyczać, ale w w dobrym tonie było samemu coś wziąć. Były to tzw. kradzieże wigilijne; oczywiście takie trochę z przymrużeniem oka, chodziło o to, żeby komuś coś z komory zabrać. Wszystko więc, co robiło się w Wigilię, miało się spełnić.

Obyczaj nakazuje, by do wigilijnego stołu zasiadała parzysta liczba osób...

Bardzo ważna była ilość osób, która zasiadała do wieczerzy, oczywiście musiała być parzysta, bo jak nie było do pary, to oznaczało, że ktoś stąd odejdzie. Zwracano uwagę, żeby wszyscy mieli swój cień na ścianie, bo brak cienia też wróżył, że ta osoba odejdzie. Pilnowano, by łyżka nie spadła na ziemię, bo to też było złą wróżbą. Wróżb było więc bardzo dużo, szczególnie tych wegetacyjno-agrarnych, związanych z dostatkiem. Do rogu izby, w której miała odbyć się wieczerza wigilijna, wnoszono duży snopek zboża. Bardzo często był to pierwszy snopek ściągnięty z żętego zboża. Przechowywano go specjalnie w tym celu w stodole. Miał on zapewnić dobrobyt, a więc obfitość zboża w przyszłym roku. Na koniec wieczerzy wigilijnej gospodarz wyciągał z tego snopka kłosy i rzucał w powałę. Wróżono, że tyle będzie snopków w przyszłym roku, ile powbijało się tam kłosów. Przy stole wróżono też z opłatka, który kładziono pod misą z kapustą bądź ziemniakami i jak już wybrano pokarm z misy, to podnoszono ją. Jeżeli opłatek przykleił się do spodu misy, to znaczyło że tej potrawy nie zabraknie w przyszłym roku.

Puste miejsce przy stole to jedna z najważniejszych wigilijnych tradycji. Dlaczego zostawiamy dodatkowe nakrycie?

Dawniej wolne miejsce było zostawiane dla dusz zmarłych. Po Wigilii nigdy nie sprzątano ze stołu, zostawiano wszystko dla dusz, aby mogły się w tę wyjątkową noc posilić i przebywać wśród swoich bliskich. Zwyczaj przetrwał, tylko dziś tłumaczy się to jako dodatkowe nakrycie dla zbłąkanego wędrowca. Odwiedziny dusz zmarłych w wieczór wigilijny wymagały też odpowiedniego zachowania domowników. Jeśli więc ktoś chciał sobie usiąść, to nie siadał od razu na ławę, tylko wykonywał gest przesunięcia albo dmuchnięcia, bo a nóż siedzi sobie tam duch dziadka i nie wypada go przysiąść. Wylewanie wody też nie odbywało się gdzie popadnie. Raczej wylewano za róg albo pod płot, żeby nie oblać duszy, bo a nóż spaceruje koło gospodarstwa. Nie zostawiano też ostrych narzędzi w miejscach, w których ich wcześniej nie było, żeby dusza nie skaleczyła się.

Trudno też wyobrazić sobie polską Wigilię bez opłatka...

Tradycja dzielenia się opłatkiem była znana w Polsce już na początku XIX w., a prawdopodobnie jeszcze wcześniej. Zwyczaj ten jest trwale związany z tradycją polską. Mówiono, że kto opłatkiem w Wigilię z innymi się nie przełamie, ten przez cały rok nie będzie mógł chlebem się dzielić. Opłatkom przypisuje się wiele właściwości. Już sama ich obecność przynosi domowi szczęście i dostatek. Na niektórych terenach dzielono się opłatkiem umoczonym w miodzie, aby życie było słodkie. Okruchy opłatków wrzucano do studni, aby woda była czysta. Opłatkami i resztkami potraw obdzielano zwierzęta gospodarskie. Dla zwierząt przeznaczone były opłatki określonego koloru np. dla krów żółte, dla kóz czerwone, a dla psa z czosnkiem, aby był zły i dobrze pilnował gospodarstwa. To był też czas pojednania się ze światem zwierzęcym. Zresztą gospodarz po zakończonej wieczerzy szedł z dzieżą z resztkami potraw wigilijnych i opłatkami do stajni czy obory i dzielił się ze zwierzętami tym jedzeniem. Wierzono, że opłatkiem trzeba się także podzielić z duszami zmarłych. Obecnie jest to widoczne w opłatku zostawianym na dodatkowym, pustym talerzu.

Co dawniej jadano w Wigilię?

Potrawy wigilijne nawiązują do dawnej stypy zaduszkowej. Były to więc potrawy ulubione dla dusz, a więc miód, zboże, groch, kapusta, mak. To wszystko powtarza się również dzisiaj w potrawach w Wigilię. W naszym regionie pojawiła się kutia, wiemy że to jest potrawa tradycyjna nie dla nas, tylko dla Polaków ze wschodu, ale jest w niej właściwie wszystko, co w potrawie zaduszkowej powinno być, bo mamy miód, zboże i mak. Wszystko w jednym. W naszym regionie pojawia się też kasza ze śliwkami, żur, grzyby suszone. Kiedyś był jeszcze kisiel z owsa, ale zniknął całkowicie. Nie przetrwał, bo jak twierdzą starsi ludzie, to była jedna z tych potraw, które naprawdę nie były smaczne, ale reszta do naszych czasów przetrwała, wciąż jest kasza ze śliwkami, pierogi, kompot z suszu zwany galasem. Rodzaj potraw zależał od regionu, stopnia zamożności i tradycji. Wigilie chłopskie tradycyjnie były postne i skromne. Przykładowo ryb dawniej w naszym regionie na stołach chłopskich nie bywało, w bogatych domach tak.

Nasi pradziadowie przygotowywali wieczerzę wigilijną z 12 dań?

Z ilością potraw różnie bywało. Wiadomo, że liczba przygotowanych potraw powinna wynosić 12, bo tylu było Apostołów, ale często było to 5, 7 lub 9, to już zależało od możliwości ekonomicznych naszych przodków.

Jak wyglądało kiedyś świąteczne drzewko?

Choinka, jak wszyscy wiemy przywędrowała na nasze ziemie w XIX wieku z Niemiec. Wcześniej przynoszono do chaty zielone gałązki, czyli symbol zdrowia, życia i pomyślnej wegetacji. Świeże gałązki przybijano do płotów, drzwi, ale też na ścianach, pod obrazami, u powały. To była "podłaźniczka", której późniejsza, bardziej klasyczna forma to ścięty czubek choinki odwrócony czubem w dół i zawieszony u powały nad stołem. "Podłaźnik" był przystrojony bardzo tradycyjnie ozdobami ze słomy, kolorowej bibuły, jabłkami, orzechami, piernikami. Ozdoby nie były przypadkowe. Oprócz tego, że pięknie wyglądały, zawsze coś znaczyły. Orzechy symbolizują szczęście, dostatek, płodność, ale też krzepę, pierniki słodycz życia, jabłka życie i zdrowie. Jabłka zresztą często obserwowano na choince. Jeśli szybko się zaczęły psuć, to wróżono, że w domu może ktoś chorować. Ozdobą właściwą tylko dla Polski są "światy", czyli ozdoby wykonane w formie bombki z opłatka. Zawieszano je na "podłaźniczce", ale także w oknach, u powały, na gałązkach, przy ścianie, bo one nie tylko pięknie wyglądały, ale również były symbolem miłości, dostatku, dobrobytu, chroniły przed chorobami i złym urokiem. Były też "pająki", również charakterystyczna polska ozdoba. Duże "pająki", robione z kwiatów z bibuły, czy słomy były w formie żyrandolu i zawieszano je u powały, a miniaturowe "pająki" wieszano na podłaźniczce. Ważne było również właściwe przyozdobienie stołu wigilijnego. Dziś na stole mamy sianko, które jest symbolem narodzin Chrystusa, a dawniej rozsypywano na stole ziarno. Natomiast pod stołem, na całym klepisku rozkładano słomę dla dusz, żeby miały wygodnie.

Z obchodami świąt Bożego Narodzenia związana jest też typowo polska tradycja kolędowania...

Po Wigilii do domów przychodzili kolędnicy. Kolędowanie to była jedna z form zarobkowania, ale też wierzono, że kolędnicy przychodząc do domu i składając życzenia, przynoszą szczęście dla tego gospodarstwa. Znaczenie życzeń podkreślał ich strój, np. kożuchy odwrócone włosiem na wierzch symbolizują bogactwo, obfitość zboża, powróseł, słomy, co znów pokazuje, że w tych życzeniach kolędniczych wszystko było związane z magią wegetacyjno-hodowlaną, agrarną. Pierwszy dzień świąt, tak jak dziś, obchodzono w gronie rodzinnym. Odwiedzanie zaczynało się na drugi dzień świąt, czyli św. Szczepana. Był to dzień związany z podchodami, zalotami chłopaków do panien. Na Szczepana chata musiała być posprzątana, bo schodzili się goście i bardzo często oceniano młodą dziewczynę jako przyszłą gospodynię. Dziewczyny wróżyły sobie nawet podczas sprzątania. Jak wyniosły na podwórze zamiecione śmieci, wśród których było dużo ziarna i słomy, odchodziły od nich na pewną odległość i przyglądały się, jakie ptaki podlecą do tych ziaren. Jeżeli wróbelek, to wiadomo, że nie wróżyło to bogatego kawalera. Najbardziej pożądana była wrona, gawron, albo jakiś kruk, bo wtedy była szansa na idealnego gospodarza.

Czy dziś jesteśmy przywiązani do tradycji, jesteśmy z niej dumni, czy raczej nasz tradycjonalizm słabnie?

Jeśli chodzi o nasze tereny, czyli o Małopolskę, to są to miejsca gdzie ta dawna tradycja przechowała się bardzo dobrze. Jest kontynuowana, co szczególnie widoczne jest w grupach kolędniczych. Grupy z szopką, Trzej Królowie, Herody z turoniem znakomicie się do dziś zachowały. Przepiękna, bardzo widowiskowa jest grupa Droby z Pogórza, składająca się kawalerki przebranej w stroje wykonane ze słomy. Najbardziej charakterystyczne dla naszej kultury elementy tej tradycji przetrwały także w wieczerzy wigilijnej. Choćby łamanie się opłatkiem, zostawianie pustego talerza i wigilijne potrawy. Jestem więc optymistką, jeśli chodzi o zachowanie tradycji. Jest dużo młodych ludzi, który kontynuują tę tradycję i są nią zafascynowani. Zresztą to są nasze korzenie, tym wyróżniamy się od innych, to stanowi o naszej tożsamości.

Komentarze...