Przystanek Neapol
access_time 2004-10-19 09:14:57

- Poranne słońce, docierające przez liście kiwi do naszego namiotu, nagrzewa go do wysokiej temperatury i sprawia, że pobudka i spakowanie śpiworów zajmuje nam tylko 30 minut - piszą dwaj tarnowianie - Rafał Płanik i Kuba Rodzaj, którzy wraz z trzecim kolegą - Wojtkiem, przemierzają Europę w stronę włoskich wulkanów.

- Ruszamy w drogę bez śniadania, gdyż chcemy jak najszybciej dojechać do morza, którego już od tygodnia nie widzieliśmy.



Jadąc monotonną drogą wyżynnego Lazio docieramy, po pokonaniu 30 kilometrów, do miejscowości Terracina nad morzem Tyrreńskim. Tu naszym oczom ukazuje się piękna, piaszczysta plaża, nieopodal której znajdują się ogromne skały - na szczycie jednej z nich leżą ruiny rzymskiej świątyni. My jednak wybieramy łatwiejszą opcję i postanawiamy zażyć kąpieli w morzu.



Pomysł okazał się dobry, woda ma około 30 stopni Celsjusza i jest super przejrzysta. Krótki odpoczynek na plaży, szybkie śniadanie i trzeba ruszać dalej. Droga wiedzie dziś cały czas brzegiem morza, prowadzi wysoko nad jego brzegiem, by nagle szybko opaść do poziomu morza. Droga - choć piękna widokowo - jest ciężka pod względem kondycyjnym: ciągłe podjazdy i zjazdy w wysokiej temperaturze, a wokół drogi zero drzew. Jedynym cieniem, jaki spotykamy po drodze, są tunele wydrążone w skale.



Po wyjeździe z jednego z tuneli naszym oczom ukazuje się wspaniałe miejsce: strome skały, przejrzyste morze i zaledwie kilka osób na skałce. Bezzwłocznie przypinamy rowery do znaku drogowego, bierzemy kąpielówki i okularki do pływania i udajemy się trudną drogą w dół skały, aż do samego morza. Jest to najładniejsze miejsce, jakie udało nam się zobaczyć w całym naszym dotychczasowym życiu - stwierdzamy to jednogłośnie i zaraz wskakujemy z wysokich skał do wody. Ta plaża jest rajem dla nurków, widoczność dochodzi do 20 metrów.



W tym miejscu spędzamy 2 godziny, po czym wracamy po nasze rowery, przebieramy się i ruszamy w stronę Neapolu. Niestety, nie jest nam dane dotrzeć dziś do tego miasta, ponieważ za dużo czasu tracimy na plażach. Nikt z nas jednak tego czasu nie żałował.



Wieczorem docieramy do miasteczka położonego nad morzem, w którym odbywa się festyn. Tym razem lekko zdenerwowani, nie znalazłszy noclegu, udajemy się na plażę i rozkładamy namiot koło opuszczonej przystani rybackiej. Wyciągamy kuchenkę, makaron, sos, ser żółty i zaczynamy gotować, po czym udajemy się na spoczynek do namiotu.



Kolejny dzień to znowu szybka pobudka, gdyż opuszczona przystań wcale nie jest opuszczona i właściciele wyganiają nas. Stwierdzamy, że pech nadal nas prześladuje - nie martwimy się jednak zbytnio, tylko ruszamy w poszukiwaniu jakiegoś spokojnego miejsca, by zjeść śniadanie. Gdy nasze żołądki są już pełne, ruszamy w stronę Neapolu, do którego dotrzemy dziś na pewno.



Droga do tego przemysłowego miasta jest wydrążona w skale, przeplata się z mnóstwem mostów i tuneli. Okalające drogę szczyty Apenin są spalone przez słońce i mają kolor bordowo-czarny. Przedmieścia Neapolu znajdują się wiele kilometrów od jego centrum. Wojtek bezzwłocznie oddala się w stronę plaży, natomiast ja z Rafałem udajemy się na zwiedzanie miasta. Droga z plaży do centrum to 5-kilometrowy podjazd i 5 kilometrów zjazdu. Stwierdzam, że jest to mało ciekawe, niechlujne miasto, po którym szwenda się mnóstwo bezpańskich psów. Po dotarciu do informacji turystycznej Rafał bierze mapę miasta i jedzie na zwiedzanie, a ja z kolei - znudzony nieprzyjemnym widokiem - udaję się po Wojtka na plażę.



Po drodze wstępuję na zamek zbudowany na wysepce, z którego po raz pierwszy moim oczom ukazuje się Wezuwiusz. To właśnie na niego jutro zamierzamy wjechać. Zamyślony, mylę drogę i nie wiem jakim cudem odnajduję ją dopiero na plaży, gdzie opala się Wojtek. Czeka on na mnie w wyznaczonym miejscu z kwaśną miną, okazuje się, że został okradziony, gdy zażywał szybkiej kąpieli. Na szczęście giną mu tylko aluminiowe sztućce i okularki przeciwsłoneczne.



Zdegustowani totalnie Neapolem ruszamy po Rafała krążącego i zwiedzającego miasto. Jedziemy zabytkową uliczką, widząc po drodze zamek na wzgórzu, fortecę nad morzem i mnóstwo kościołów. - cały czas podążając w stronę widocznego nam wulkanu. Droga jest beznadziejna, zamiast asfaltu - kostka brukowa wielkości pustaków, z wielkimi szczelinami i dziurami. Nie pozwala nam to na szybką jazdę i wyczerpani docieramy do miejscowości Ercolano, gdzie miejscowa ludność ostrzega nas przed złodziejami i "Al Capone". Bierzemy te ostrzeżenia na poważnie i nie spuszczamy naszych rowerów z oczu.



Nocleg znajdujemy u księdza, który częstuje nas mnóstwem ciastek, serem, mlekiem, owocami i innym jedzeniem z "wyższej półki". Zadowoleni, szybko zapadamy w sen i czekamy na jutrzejszy podjazd na legendarny wulkan Wezuwiusz.



Sponsorami ekspedycji rowerowej do Włoch są: RPM Reklama Radiowa, Filabora i Rowmix. Patronat medialny sprawują: "Dziennik Polski" i RDN Małopolska.


(JUS)



Dziennik Polski

Komentarze...